Skąd się to bierze?

– Korzenie takiego sposobu myślenia sięgają dzieciństwa, mówi o tym każdy szanujący się nurt psychoterapii. Wtedy kształtują się schematy postępowania, dziecięce strategie radzenia sobie z brakiem uwagi lub miłości rodziców. Co najważniejsze, nasza przeszłość mogła nie należeć do traumatycznych czy trudnych, a rodzice mogli naprawdę szczerze kochać – a my i tak mamy wyniesione z dzieciństwa deficyty. Prawie zawsze czegoś nam brakuje. Bo niezależnie od obiektywnych warunków mały człowiek inaczej niż dorosły przeżywa i interpretuje fakty. Żeby dostać niezbędną porcję uwagi, robimy to, co jako dzieci jesteśmy w stanie zrobić, żeby na nią zasłużyć. Najczęściej odczytujemy projektowane świadomie lub nie oczekiwania rodziców po swojemu i odpowiadamy na nie konkretnym zachowaniem: grzecznej dziewczynki, silnej dziewczynki czy dziewczynki, która się nigdy nie złości. Dorastając, zszywamy się z tymi wypracowanymi dawno temu strategiami i używamy ich jak automatyzmów. Stąd te nadmiarowe staranie się i zabieganie o akceptację innych.

Czy ta wewnętrzna presja ujawnia się też w macierzyństwie?

– Bardzo często, bo niestety dzieci doskonale nadają się do wypełnienia tej pustki, łatwo stać się dla nich najważniejszą osobą. Mama (rodzic), zwłaszcza na początku życia każdego człowieka, jest dla dziecka jedynym punktem odniesienia. Jeśli jednak w miarę rozwoju dziecka poza niezmiernie istotnymi uwagą, miłością oraz troską dajemy dziecku przekaz, że jesteśmy niezbędne w jego życiu – przekraczamy cienką granicę. Tutaj już nie chodzi o jego dobro, a z pewnością nie tylko o nie. Jeśli nie czujemy się ważne jako kobiety, staramy się być niezastąpione jako matki. Dajemy z siebie więcej, niż to konieczne, poświęcamy się, często kompletnie rezygnując z własnych potrzeb. Zmęczone i sfrustrowane podświadomie oczekujemy, że zostaniemy za to docenione. To staje się dla dziecka obciążeniem nie tylko wówczas, kiedy jest małe. Żeby to sobie wyobrazić, wystarczy spojrzeć na relacje z naszymi mamami, gdy już jesteśmy dorosłe. Thidno się uwolnić z tej zależności, pełnej napięć i oczekiwań, często niewypowiedzianych, a wyrażanych w formie pretensji czy uwag ingerujących w nasze życie. Dlatego pojęcie „matka wystarczająco dobra”, używane często przez psychologów, powinno być dla nas pewnego rodzaju drogowskazem.

Jak problemy z poczuciem własnej wartości wpływają na nasze relacje z partnerem?

– Bardzo podobnie. Mieszanka deficytów wyniesionych z dzieciństwa plus przekonania na temat roli kobiety czy miłości ukształtowane w okresie dojrzewania stają się gruntem do budowania relacji. Nie jest to stabilny grunt, jeśli myślimy, że na miłość trzeba zasłużyć, a kochać nas można jedynie „za coś”. W oczach partnera szukamy potwierdzenia naszej ważności. Wchodząc w związek z brakiem poczucia własnej wartości, często oczekujemy, że zbudujemy ją właśnie w oparciu o związek. Od tego, co słyszymy, uzależniamy to, jak się czujemy. Kiedy partner nas podziwia, czujemy się mądre, dobre i piękne, kiedy krytykuje – świat nam się zawala. Wchodzimy w następny związek, a tam historia się powtarza. Ugruntowujemy się w przekonaniu, że „trafiamy na złych facetów” albo „jeszcze nie spotkałyśmy drugiej połówki”. Podejmujemy kolejne próby, powielając stare zachowania. Nieustająco się poprawiamy, a tak naprawdę przecież nie chodzi o to, żebyśmy były lepsze – tylko abyśmy uwierzyły, że jesteśmy wystarczające. To nasze zachowanie jest przyczyną naszych problemów, a nie to, jakie jesteśmy.

Jakie sygnały powinny nas zaniepokoić i zasugerować, że zaczyna niszczyć nas perfekcjonizm? – Nadmierna kontrola. Jeżeli dochodzimy do takiego momentu w doskonaleniu siebie, swojej pracy, kontaktów z innymi, że chciałybyśmy brać odpowiedzialność za to, na co nie mamy wpływu. Że irytują nas rzeczy mało ważne, które powinniśmy odpuścić. Jedna z moich klientek bała się latać samolotem, dlatego że nie mogła przejąć sterów od pilota. Inną doprowadzało do szału to, że mąż zostawia kapcie na środku przedpokoju. To jest właśnie ta przesadna kontrola: nie daję sobie i innym prawa do popełnienia błędu, ale też do bycia sobą. Jestem niezadowolona z powodu rzeczy, na które nie mam wpływu. I przestaję rozróżniać, na co mam wpływ, a na co nie. Ważnym sygnafem jest nadużywanie słów „muszę” i „powinnam”. „Kiedy zaczynają one dominować w naszym tłumaczeniu własnego postępowania, dostajemy sygnał, że nie napędza nas pragnienie zdobywania kolejnych kompetencji, tylko autentyczne poczucie, że musimy je zdobywać, aby nasze życie miało sens. Co za tym idzie – i to jest kolejny sygnał – realizowanie tak pojętych „powinności” nie daje nam radości, a sama myśl, że mogłybyśmy sobie odpuścić, powoduje lęk, że spadniemy na samo dno. I wreszcie: prawie wszystkie moje klientki (a są to z reguły atrakcyjne, wykształcone, niezależne kobiety biznesu i zaradne matki) komunikują, że choć wciąż tak bardzo się starają, czują, że są za mało atrakcyjne, mądre, dobre.

Jak wyjść z tego błędnego koła? Od czego zacząć?

– Poszukać zdarzeń w przeszłości, które mogą pomóc w zrozumieniu tego, jak postępujemy dzisiaj. Moim klientkom proponuję takie ćwiczenie: nazwij to, jak się czujesz, i przypomnij sobie trzy takie sytuacje, w których tak się czułaś, i znajdź punkty wspólne. Co się powtarza? Szef był inny, partner inny, sytuacja odmienna. Ale moje zachowanie się powtarza. To jest często punkt zwrotny – uświadomienie sobie, że jesteśmy autorkami swoich uczuć. Więc zanim pójdziemy do coacha czy na terapię, zanim zrobimy cokolwiek, znajdźmy punkty wspólne w historiach, które doprowadzają nas do muru. Rozwój najczęściej zaczynamy w miejscu, w którym najbardziej boli. Nie rusza mnie, kiedy ktoś zarzuca mi nietowarzyskość czy to, że jestem mało kontaktowa? Nie rusza, bo nie mam z tym problemu. Ale jeśli ktoś powie, że za mało się starałam (np. jako matka), i to kompletnie mnie rozwala, mamy to

– tu boli najbardziej. Więc rozwój polega na odpuszczeniu dokładnie w tym miejscu, robieniu mniej. Zachęcam moje klientki do „puszczania się” (śmiech) i sprawdzania, co się wtedy stanie. Czy świat się zawali? A może dopiero wtedy wszyscy (łącznie ze mną) odetchną i pojawią się bardziej konstruktywne formy rozwiązywania problemów?

Kiedy odpuścimy chociaż część tych „muszę” i „powinnam”, pojawi się więcej przestrzeni na to, czego naprawdę chcemy?

– Nazywam to przejściem ze strefy frustracji do strefy mocy. Zrozumienie przyczyn tego, co sprawia, że często postępujemy wbrew sobie i gonimy za niedoścignionym ideałem, pomaga oddzielić to, na co mamy wpływ, od tego, czego zmienić nie możemy. Zwalnia nas z czekania na niemożliwe i daje możliwość zajęcia się tylko tym, na co realnie mamy wpływ, i odpuszczenia całej reszty. Nie możemy zmienić przeszłości i zachowania innych ludzi, ale mamy kontrolę nad interpretacją tego wszystkiego. I to jest źródło naszej mocy – perspektywa, którą same nadajemy zdarzeniom i faktom.

Mam poczucie, że sama zmiana perspektywy nie zawsze wystarczy. Dalej będzie w nas ta mała nieutulona dziewczynka, potrzebująca miłości i pochwały. Co z nią?

– Same ją utulmy i dokochajmy, zaopiekujmy się naszym wewnętrznym dzieckiem. Dojrzałość polega na świadomości, że w dorosłym życiu nikt już tego dla nas i za nas nie zrobi. Ale też nie dajmy jej sobą rządzić. Dorosłe życie jest piękne, jak się umie z niego korzystać, ponieważ pokazuje, że mogę robić, co chcę, ale nie zawsze będzie tak, jak chcę. Więc próbuję dalej robić to, co chcę, licząc się z tym, że nie będzie tak jak zawsze, ale cały czas odpuszczam sobie i innym. Natomiast kiedy jestem „superwoman” robię to warunkowo, robię to po coś i się oszukuję. Dopóki dostaję (od szefa, męża, rodziców, dzieci) pochwały i podziw, to jest dobrze, ale jak nie dostanę, to jest koniec świata, który jest wtedy realnym, ale całkiem nieadekwatnym cierpieniem. Więc jeśli coś się nie udało, jesteśmy rozczarowane i smutne – dajmy sobie prawo do okazywania emocji, do wypłakania się. Zajmujmy się małą dziewczynką w nas, pamiętając, że jest taką samą częścią nas jak dorosła kobieta. Dajmy sobie prawo do bycia sobą, nie oczekujmy więcej niż od innych, zatroszczmy się o siebie tak po ludzku, jakbyśmy się troszczyły o kogoś, kogo lubimy, kto jest dla nas ważny. Nauczmy się nagradzać za sukcesy i wspierać w trudnych chwilach. Najważniejsze w budowaniu poczucia własnej wartości jest zaufanie do siebie, wiara w to, że cokolwiek się w moim życiu wydarzy

– mam wszystko, co jest potrzebne, żeby sobie z tym § poradzić.

MINDEWICZ-PUACZ

ekspertka od komunikacji interpersonalnej i masowej, specjalistka ds. kampanii społecznych, mówczyni motywacyjna, trenerka. Prowadzi szkolenia i procesy rozwojowe dla biznesu, a także indywidualne sesje coachingowe oraz wykłady i warsztaty. Ukończyła Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Warszawskim oraz podyplomowe studia dla psychoterapeutów w Instytucie Psychologii Zdrowia. Jest certyfikowanym coachem ICC (International Coaching Community) i psychoterapeutą (członkiem Polskiego Stowarzyszenia Psychoterapii Integracyjnej). Od wielu lat związana z mediami – jako ekspert i współprowadząca programy telewizyjne. Mentorka w programie .Projekt Lady”, który zgromadził ponad dwumilionową widownię w stacji TVN

Facebook Comments
Załaduj więcej podobnych artykułów
Załaduj więcej Redaktor
Załaduj więcej Człowiek

Dodaj komentarz

Sprawdź też

Jak wygląda wulkanizacja opon?

Jeżdżąc po ulicach różnych miast, z pewnością można spotkać szyldy z napisem „wulkan…